poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Pobyt w szpitalu - moje spostrzeżenia. UCK w Gdańsku

Od początku ciąży miałam dylemat jaki szpital do porodu wybrać. Jednak długo jeszcze zanim zaszłam w ciążę powtarzałam, że ja bez znieczulenia nie rodzę, nie ma mowy. Jak mówiłam, tak zrobiłam. W Trójmieście znalazłam jeden szpital, gdzie jest najbardziej prawdopodobne, że będę mogła dostać znieczulenie. Na szczęście przyjęli mnie tam (czytałam, że często odsyłają, z powodu braku miejsc).
Dużo opinii naczytałam się o tym szpitalu, większość pozytywnych. Nie zawiodłam się, sama wystawiam mu pozytywną opinię. Jak któraś z ciężarnych jest z Trójmiasta lub okolic polecam Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku.
Lekarze, położne, pielęgniarki, panie sprzątające, studenci na stażach - wszyscy bardzo mili i przejmujący się każdą położnicą. Mam zastrzeżenia tylko do izby przyjęć, tam panie były bardzo nie miłe, ale to na szczęście tylko niewielka część pobytu w szpitalu.
Spędziłyśmy tam tydzień - co generalnie było dla mnie ciężkie. Jak już naturalnie udało mi się urodzić to miałam nadzieję, że wyjdę po drugiej dobie i tak od drugiej doby czekałyśmy na ten wypis. Doczekałyśmy się po siedmiu dniach. Dzięki temu dobrze zaznajomiłam się z lekarzami i szpitalem. Przez ostatnie dwa dni, personel co chwilę pytał: A co Wy tu jeszcze robicie? :)
Byłam w sali dwuosobowej, a zdążyłam poznać trzy dziewczyny, które ze mną leżały.

Podzielę swoją ocenę na kategorie:

LEKARZE:

Codziennie obchód, rano i wieczorem. Który trwał może minutę. Sprawdzają, czy wszystko dobrze się goi. Często przychodzą z całą gromadą studentów, którzy się uczą. Nie mam zastrzeżeń :D

Neonatolodzy bardzo mili, też dwa razy dziennie przychodzili badać dzieciaczki. Codziennie dziecko było ważone.

STUDENCI:

Na izbie przyjęć trzeba się zdeklarować czy zgadzamy się, aby przy różnych badaniach czy samym porodzie byli obecni. Ja się zgodziłam i chyba większość kobiet się godzi. Na kimś się muszą uczyć :) Codziennie tam kręcą się po szpitalu, często przychodzą i pytają czy czegoś nam nie potrzeba - serio czułam się tam jak w dobrym hotelu :P
Jak poprosiliśmy o jakiegoś lekarza, czy położną to zjawiali się w kilka minut, chętni by pomóc.

POŁOŻNE:

Nie wiedziałam jak to będzie wyglądać. Myślałam, że jedna położna przypada na jedną rodzącą, ewentualnie jakaś zmiana, kiedy kończą pracę. A na mojej sali porodowej przewinęło się chyba z dziesięć położnych.. a rodziłam 11 godzin. Przestałam już liczyć potem. Sama nie wiem czy to dobrze czy nie, potem już mi było wszystko jedno. Większość położnych miła, tylko jedna przyszła zwrócić mi uwagę, że za głośno wrzeszczę. Padły takie słowa, jak to niektóre dziewczyny się skarżą: Chciała mieć Pani dziecko? To niech się pani teraz nie drze.. Pani ta miała dość stanowcze usposobienie. Była też jedna taka, która mówiła do mnie zdawkowo, chłodno, generalnie miała mnie gdzieś :) Pozostałe bardzo miłe, więc i tak nie jest źle.

DORADCA LAKTACYJNY:

Pani położna z wielką pasją. Gdy była przez nas poproszona, przybywała niemal od razu. Doradzała dużo, pomagała w utrzymaniu laktacji.

PIELĘGNIARKI:

Znowu, bardzo miłe panie. Raz miałam kryzys, kiedy dziecko mi płakało, a ja nie mogłam nic zrobić i płakałam razem z nim. Pielęgniarka to zauważyła i dała mi jakieś naturalne krople na uspokojenie. Pocieszała, że to normalne, bo hormony po porodzie buzują i czasem nie da się powstrzymać łez. Pomogło i już nie rozczulałam się nad sobą :)

PORODÓWKA:

Znowu moje wyobrażenia mnie zawiodły, na szczęście! Ja myślałam, że wyląduje w jakiejś sali z zielonymi kafelkami, parawanami i różnymi nie najlepiej kojarzącymi się rzeczami.
Wylądowałam w schludnej jasnej sali, z łazienką i prysznicem. Dostałam piłkę do skakania. Łóżko było duże i nowoczesne. Na łóżku na którym leżałam pod ktg rodziłam, dodali tam dostawki na nogi. Moja sala była połączona z salą gdzie badano i ważono noworodki.

                                   


SALA:

Po porodzie trafiłam z mężem i dzieckiem na salę poporodową, gdzie poleżeliśmy chyba pół godziny, po czym ja z dzieckiem zostałam przewieziona na naszą salę. Mąż musiał nas zostawić, gdyż nie była to pora odwiedzin.
Udało mi się otrzymać salę dwuosobową o podwyższonym standardzie - w szpitalu są takie dwie, dwuosobowa i jednoosobowa. (Należało za nią wpłacić dowolną sumę na fundację, o ile dobrze pamiętam). Bardzo się cieszę, że tam trafiłam. Leżałyśmy tydzień, więc wielkim komfortem był fakt, że mam łazienkę w pokoju - nie wyobrażam sobie wychodzić do łazienki na korytarzu i zostawiać dziecko w sali. Jakbym musiała to nie miałabym wyjścia, ale miałam szczęście.
Poza tym sala duża, przestronna, z przewijakiem i dużym zlewem, gdzie dzieci były kąpane. Do tego miałam do dyspozycji dwie szafki, lodówkę, mały stolik z krzesłem i fotel.



ODWIEDZINY:

Trzy razy dziennie, rano, w południe i wieczorem po godzinie, która strasznie szybko mijała.. Mogły przyjść maksymalnie dwie osoby. Mąż śmiał się, że mógłby przejechać tą trasę z zamkniętymi oczami, przyjeżdżał dwa razy dziennie. Poza godzinami odwiedzin, była specjalna sala, gdzie można było posiedzieć z rodziną.

JEDZENIE:


Menu dla matek karmiących, więc obiady gotowane. Jakieś klopsy i tego typu sprawy. Bywało różnie, raz dostałam jakieś dwie malutkie kromki chleba i kilka plastrów szynki, a raz cztery duże pajdy chleba i do tego jedno jajko (mieli trochę problem z proporcjonalnością). Czasem też trafił się jogurt, czy nawet ciasteczka. Generalnie to rodzina mnie zaopatrywała w jedzenie głównie.

Ostatniego dnia obiad mi strasznie zaszkodził. Brzuch rozbolał mnie tak, że się zwijałam i myślałam, że stamtąd nie wyjdę. Nie wiem czy coś w tym obiedzie było, czy zareagowałam tak z emocji, że w końcu wychodzimy.



Chyba o niczym nie zapomniałam. Podsumowując, jestem bardzo zadowolona, że tam trafiłam. Dobrze wspominam ten okres, mimo, że bardzo chciałam już iść do domu.

Wiadomo, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!

6 komentarzy:

  1. Panie w izbie przyjęć mógłby troszkę być niemiłe bo wpadliśmy tam około 1 w nocy :)

    No i oczekiwanie na te słowa, że wszystko jest już dobrze z dzieckiem i możecie wyjść już do domu - na te słowa też chyba czekałaś :)

    Buziaki najlepsza mamo na świecie !

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to wszystko cudownie opisałaś, z taką wyrozumiałością, akceptacją i zadowoleniem? musisz być bardzo szczęśliwa, maleństwo na świecie to i człowiek dopiero zaczyna żyć, no cóż 9 miesięcy oczekiwań to nie lada wyczyn dla kobiet :) kochana gratuluję Ci ogromnie, podziwiam na prawdę za takie podejście wręcz spokojne. Życzę Tobie, maleństwu, zresztą całej rodzinie, zdrówka i spokojnych dni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest już po wszystkim, doczekałam się, córeczka jest zdrowa, mam wspaniałą rodzinę, czego chcieć więcej? :) Dziękujemy i pozdrawiamy! :*

      Usuń
  3. O tak... nie ma nigdzie tak dobrze, jak w domku...
    Choć mi w szpitalu było tak dobrze, że miałam obawy przed powrotem... czy aby sobie poradzę? :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo, że nie rodzę w PL to i tak chłonę wszelkie opowieści o pobycie w szpitalu. Mój też jest akademicki, więc może będę miałą podobnie jak Ty :)
    Opiszesz wizytę położnej środowiskowej? Bać się jej? :D Niby wiem, że ona jest do pomocy a nie krytyki, a jednak boję się, że przyjdzie do mnie obca kobieta i będzie wytykać błędy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To następny post o tym, na zamówienie! :)

      Usuń