Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hitczykit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hitczykit. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2016

Spaghetti Bolognese po naszemu i nauka samodzielnego jedzenia w towarzystwie MAM Baby

Od tego dania rozpoczęliśmy naukę samodzielnego jedzenia i będziemy ją kontynuować (o ile nie zabraknie mi cierpliwości). Pomyślałam, że makaron z sosem to dobry pomysł. Jak spadnie z łyżeczki to łatwo będzie chapnąć ręką. Potem jednak przypomniałam sobie jak ciężko zmywalny jest pomidor z ubrań, ale było już za późno. W każdym razie pod względem konsystencji obiad zdecydowanie się sprawdził. Na koniec poznacie nasz przepis.


Teraz chciałabym się skupić na przyborach, które się u nas sprawdziły podczas obiadu. Miałyśmy przyjemność przetestować kilka produktów z firmy MAM Baby. Ucieszyłam się, że właśnie tej firmy produkty mogę dla Was testować, ponieważ MAM Baby nie jest mi obce. Już wcześniej mieliśmy kilka rzeczy od nich i uwielbiam ten design i kolorystykę. Jestem wzrokowcem i bardzo lubię ładne i nietuzinkowe rzeczy. Jedną z nich jest miseczka i talerz MAM Bowl & Plate. 




Kolor po prostu nieziemski, piękny róż. Jest wyraźny i może wydawać się, że daje po gałach, ale nic bardziej mylnego. Poprzez swoją matową strukturę wygląda bardzo stylowo. 

W zestawie jest miseczka i podstawka pod miseczkę, która w następnym etapie staje się po prostu talerzem. Miseczkę wkłada się w taki sposób w podstawkę, że dziecko nie jest raczej w stanie sobie tego zdemontować, a już na pewno nie mój roczniaczek. Dzięki temu, że podawana jest dziecku z podstawką ma on mniejszą szansę na wywalenie wszystkiego na podłogę. Dodatkowo też mamy antypoślizgowy spód, dzięki któremu talerzyk ani drgnie, kiedy chcemy go przesunąć. Noo.. chyba że dziecko wpadnie na pomysł, żeby podnieść wszystko razem. Jednak, żeby tego uniknąć trzeba by było chyba przykleić wszystko na super glue. Antypoślizgowy spód mamy dzięki gumie, a jak wiadomo ona się przebarwia (u nas wszystkie smoczki od butelek są jakieś żółte czy pomarańczowe od soków), w naszym wypadku został niewielki ślad po sosie pomidorowym na spodzie. Tak czy inaczej pod spód nam nikt nie zagląda, a nie zaburza to w żadnym wypadku funkcjonalności.

Miseczka jest niewielkich rozmiarów, na apetyt dziecka akurat. Jest tak skonstruowana, żeby dziecku lepiej nakładało się jedzenie na łyżeczkę. To naprawdę działa. Mimo, że u nas to była pierwsza próba samodzielnego jedzenia to nie raz trafiło ono do buzi, a nie pod nogi mamy. Problemem tutaj było zsuwające się jedzenie z łyżeczki, więc więcej jedzenia było naokoło talerzyka aniżeli w brzuchu malucha. Oczywiście mamine sumienie nie pozwoliło zostawić mi dziecka głodnego, więc na koniec pomogłam jej się nakarmić, zresztą ona biedna zmęczona już chyba tymi próbami, sama oddawała mi łyżeczkę patrząc na mnie proszącymi oczami. 

Mojej córce zdecydowanie przypadła do gustu nowa zastawa, szczególnie z tego powodu, że w końcu matka zdecydowała się na samowolkę. Można było się bezkarnie brudzić i dzielić makaronem z krzesłem i podłogą. Ku mojemu zaskoczeniu nie było dużego bałaganu, raz dwa się z tym uwinęłam, więc na pewno nie zakończymy prób i mam nadzieję, że kolejne doprowadzą nas do sukcesu, który pozwoli nam zjeść wspólny posiłek w tym samym czasie. 

Ten produkt to u nas zdecydowanie HIT. Minimalistyczny wygląd miseczki oczarował mnie totalnie i przepadłam. Nie lubię jak dziecko ma zbyt pstrokate rzeczy, ale nie przepadam też za szarymi czy czarno - białymi. Uważam, że dziecko powinno mieć wokół siebie trochę kolorów. Miseczki MAM są dla nas właśnie tym złotym środkiem. 

Produkty MAM Baby możecie zamówić w sklepie internetowym, do którego odsyłam Was poniżej. Można również dostać je w niektórych aptekach, u mnie w Gdyni np. w DOZ i sklepach dziecięcych. 

*Po więcej informacji na temat MAM Bowl & Plate odsyłam tutaj. Tam znajdziecie również inne opcje kolorystyczne. 







Przepis na Spaghetti Bolognese według nas

Składniki:
zmielona pierś z indyka
makaron (u nas akurat drobny makaron Hipp Bio Stelline) 
pomidor malinowy
trochę przypraw (u nas zioła prowansalskie, szczypta soli i cukru)

Przygotowanie:
Rozgrzewamy patelnię z odrobiną oleju rzepakowego. Wrzucamy mielone, ja nie doprawiałam mięsa. Lekko podsmażamy, następnie wlewamy wodę, tak by przykryć dno. Dusimy do miękkości. 
W międzyczasie ściągamy z pomidora skórę i blendujemy na gładki sos. Wlewamy pomidora na patelnie, przyprawiamy i dusimy to wszystko, aż woda wyparuje i sos się trochę zredukuje. 
Pod koniec gotowania dodałam kilka ziarenek cukru, żeby przełamać smak. Kiedyś zrobiłam małej sos pomidorowy, który był strasznie kwaśny i nie dało się go jeść. Chociaż z pewnością zależy to też od pomidora. Mój sos był super czerwony, wyglądał jakby był robiony z przecieru. 

Smacznego!

piątek, 29 kwietnia 2016

Baby Design: Dotty, Mini, Cookie - moje spostrzeżenia

Nasza przygoda z firmą Baby Design zaczęła się niewinnie, całkiem przypadkowo. Będąc w ciąży kilkanaście razy zmieniałam decyzję dotyczącą kupna konkretnego modelu wózka. Gdy wybrałam już taki, który mi odpowiadał i byłam pewna na sto procent, że go bierzemy to nagle wpadał mi w oko zupełnie inny wózek. 

Koniec końców wybraliśmy Baby Design Dotty 2w1.



Wybór padł na wózek tej firmy, ponieważ dużo lżej i swobodniej prowadziło mi się go po sklepie niż wózki konkurencji. Dodatkowo bardzo spodobał mi się design i spory wybór kolorystyczny. 
Rodziłam pod koniec maja, a ten model był nowością na rynku. Zamówiliśmy więc i czekaliśmy na dostawę. W zasadzie otrzymaliśmy go w ostatniej chwili i niestety nie w tym kolorze jaki chcieliśmy (szary + turkus). Tu się trochę zawiodłam, ponieważ chciałam mieć ten wózek również ze względu na kolorystykę. Dostaliśmy wybór: brązowy, granatowy lub zwrot pieniędzy. Z racji tego, że córeczka była już na świecie, musieliśmy brać co było. 

Tak czy inaczej, w mojej opinii, wózek jest ślicznie wykonany. Połączony jest dwoma odcieniami (ten kontrast bardzo mi się podoba) z dodatkiem uroczych kropeczek na jaśniejszej części. 
Wózek jest masywny, co zawsze kojarzy mi się z porządnym wykonaniem. Mimo tego jest bardzo zwrotny, lekko i przyjemnie się go prowadzi. Noo.. może nie pod górę, bo jednak swoje 15 kg (spacerówka) waży + 10 kg dziecko. 
Posiada duże pompowane koła, więc sprawdza się również na trudniejszych terenach. 
Do wózka otrzymaliśmy torbę, pompkę do kół oraz folię przeciwdeszczową. Moskitierę i parasolkę musieliśmy sobie dokupić. 
Plusem w tym modelu jest duża torba. Wydaję mi się, że w Baby Design Husky jest mniejsza. Jest to istotne, bo nawet w tą ledwo się mieszczę, a ma chyba tysiąc przegródek i sporo miejsca. 
Nagadałam się o torbie, a przed opublikowaniem posta zorientowałam się, że na zdjęciach jej nie ma. Także... zobaczcie sobie w necie. ;)


Gondolę użytkowaliśmy ponad 6 miesięcy i byliśmy zadowoleni, Laura chyba też. Najbardziej podobało się jej, że można było podnieść zagłówek, dzięki czemu miała lepsze pole widzenia. 

W końcu nastał dzień, kiedy Laurka przestała mieścić się w wózku dla małych niemowlaczków i trzeba było ją przerzucić na spacerówkę. 


Na szczęście jest opcja całkowicie płaskiego położenia, bo malutka jeszcze wtedy sama nie siadała. Są 3 stopnie położenia oparcia. 
Rączka w wózku jest regulowana, w zależności od wysokości kierowcy. Nie można przełożyć jej na drugą stronę, ale spacerówkę można zamontować obustronnie, kiedy dziecko chce bardziej podziwiać świat niż patrzeć na rodziców. 
Torba na zakupy jest spora, zapinana na zamek. Zamknięcie jest siateczkowe, więc widać co jest w środku, dla mnie ok. 
To był dobry zakup. Jednak jak już pisałam, wózek masywny, 15 kg, a ja sama ważę niewiele więcej.. więc chciałam dodatkowo kupić spacerówkę, która będzie dużo lżejsza, nie wydając przy tym fortuny. 

Przypadkowo w sklepie natrafiłam na Baby Design Mini. 




Nie planowałam tego i nie szukałam niczego akurat od nich. Sam wpadł mi w ręce i świetnie się go prowadziło. Patrząc na cenę, zbyt długo się nie zastanawiałam, musiałam go mieć. 
Jest lekki (7 kg) i zwrotny. Znowu design mnie nie zawiódł, duża gama kolorystyczna. Dodatkowo obrazeczki, które tylko dodają uroku. Kosz na zakupy, jak na małą, kompaktową spacerówkę, naprawdę spory. Tacka dla rodziców zamontowana przy rączce (możliwość ściągnięcia). Pakowna kieszonka z tyłu wózka. Na koniec rzecz, która jest według mnie bardzo przemyślana i daję za to ogromnego plusa: dodatkowo powiększana budka, co chroni przed słońcem czy wiatrem. Parasolka dzięki temu jest tu niepotrzebna i szczerze mówiąc byłaby dużo mniej wygodna w użytkowaniu. 
Co prawda używamy tego wózka dopiero przez miesiąc, ale ja już wyrobiłam sobie opinię na jego temat. Jest świetny! Lepiej, za tą cenę, naprawdę nie mogłam trafić. 

Na krzesełko do karmienia też trafiłam przypadkiem. Przeszukiwałam internet w celu owego zakupu i natrafiłam na to cacko. Mnie się znowu bardzo spodobał design, w różnych kolorach. Najbardziej przypadł mi do gustu turkus (gdyby nie Dotty, to wszystko byłoby w turkusie). Dopiero po przeczytaniu opisu okazało się, że to Baby Design Cookie. 




Nie sprawdzałam w sklepie, brałam w ciemno. Nie żałuję, choć w tym przypadku mam jedno zastrzeżenie. W zasadzie nie mam porównania, dotąd nie testowaliśmy innych krzesełek. W tym modelu kółka są tylko po jednej stronie, do tego nie jeżdżą zbyt płynnie. W sumie kiedy chcę je przenieść do innego pomieszczenia wolę zatargać poprzez podniesienie niż podjechanie nim. Jednak krzesełko ma swoje stałe miejsce w domu, więc to dźwiganie nie zdarza się często. 
Od naszego przenoszenia, przesuwania, starł się przedni napis. Co oczywiście nie odejmuje mu funkcjonalności. 
Pokrycie łatwo się czyści. Możliwe jest ściągnięcie tacki, aby dokładniej ją wyczyścić. Całą tackę, tzn. przód można ściągnąć, wtedy zostaje samo krzesło, bez stolika. O tym, że są pięciopunktowe pasy chyba nie muszę wspominać? Oparcie i wysokość są regulowane - 3 stopnie. 
Pod krzesełkiem znajduje się duży kosz - w naszym przypadku na zabawki i śliniaki. 

Trochę tego wyszło, ale zależało mi żeby wszystko znalazło się w jednym poście. 
Podsumowując jestem zadowolona z produktów jakie tworzy Baby Design. Firma bardzo wpasowała się w mój gust. Funkcjonalność też na bardzo dobrym poziomie. 

Także dla mnie zdecydowany HIT!

PS. Założyłam stronę na Facebooku, aby na bieżąco informować Was o nowych postach. Jeśli polubicie zrobi mi się naprawdę miło!

środa, 9 grudnia 2015

Książka "Kevin sam w domu" - recenzja

Dzisiaj będzie kilka słów na temat książki, która została napisana na podstawie kultowego filmu świątecznego pt. "Kevin sam w domu". Książka została stworzona z myślą o dzieciach, ale wiem, że dużo dorosłych się nią zachwyca w nie mniejszym stopniu. Ja sama nie mogłam się doczekać, aż zacznę czytać ją córce, chociaż dla półrocznej Laury jeszcze nie ma znaczenia czy czytam jej powieść czy spis z książki telefonicznej. Wiem jednak, że jak podrośnie, będzie cieszyć się, że i u niej takiej pozycji nie zabrakło na półce.

Wiem, że recenzja powinna rozpoczynać się od krótkiego opisu historii. Jednak czy jest taka potrzeba? Myślę, że od czasu kiedy film powstał, czyli przez całe 25 lat, obejrzeliście go już jakieś 75 razy. Dużo osób narzeka, co roku mówiąc: Co?! Znowu Kevin? Już nie mają czego puszczać?
Po czym idą do kuchni, robią popcorn i herbatę, tudzież kakao i rodzinnie zasiadają na kanapie, aby oczekiwać jakie to Kevin pułapki wymyśli. Tak jakbyśmy nie znali całego scenariusza na pamięć i nie powtarzali kultowych tekstów z Kevinem.

Książka o której piszę została stworzona na podstawie scenariusza Johna Hughesa do filmu w reżyserii Chrisa Columbusa, a ilustracje przez Kim Smith.
Jest to 48 stronicowa czytanka, której strony nie są przepełnione tekstem. Na każdej znajdziemy po jednym czy dwóch zdaniach. Co uważam jest dobrym pomysłem, przez wzgląd na małych czytelników. Nie zanudzą się, a poznają całą historię. Tak została zgrabnie przedstawiona, że wszystkie najważniejsze fakty są w niej ujęte. Żaden szczegół nie został zmieniony, więc jest to opowieść jaką znamy, w czystej postaci. Starszemu dziecku można najpierw przeczytać lub dać do przeczytania, potem puścić film.
Jest jeszcze jedna cecha tego produktu, którą zostawiłam na koniec, tylko dlatego, że lubię najlepsze zostawiać sobie zawsze na deser. Jestem wzrokowcem, więc pierwsze co przykuło moją uwagę i przez co zakochałam się w tej książce są ilustracje, naprawdę trafione. Dziecko które nie potrafi czytać, będzie wszystko wiedziało z obrazków. Każda ze stron jest kolorowa, ciągle coś się dzieje, nie zaznamy na nich nudy. Znajduje się tam dużo czerwieni, co kojarzy się ze świętami i od razu robi się jeszcze cieplej na sercu.

Uznałam ten produkt za HIT jeszcze zanim pojawił się na półce mojego dziecka i zdania absolutnie nie zmieniam. Moim zdaniem był to strzał w 10!.






czwartek, 3 grudnia 2015

Dr Brown's Natural Flow

Prezentuję Wam dzisiaj butelkę antykolkową, którą używałyśmy na początku wprowadzania mleka modyfikowanego. Kupiliśmy zestaw 3 butelek tej firmy, jeszcze gdy byłam w ciąży. Chcieliśmy być przygotowani na każdą ewentualność. Przyciągnęła mnie informacja o ich antykolkowych właściwościach. Dobrze wiedziałam, że maluchy często przechodzą przez okres dolegliwości brzuszkowych. Nie znałam tej firmy, nie interesowałam się tym wcześniej. Już po porodzie okazało się, że są to butelki dosyć popularne. 

Jak widać na zdjęciu poniżej butelka ma sporo elementów, ale wcale nie jest skomplikowana. Wszystko łatwo i szybko się mocuje. Smoczek jest miękki, ale nie za miękki - wg mnie taki w sam raz ;)

Butelka posiada system odpowietrzający, który eliminuje pęcherzyki powietrza i zapobiega zasysaniu smoczka. To prawda! Smoczek nie zasysał się, a to duży plus, bo w innych butelkach jest to dosyć męczące.

Właściwości antykolkowe ciężko jest mi ocenić, ponieważ zaczęłyśmy stosować te butelki, gdy Laura skończyła 3,5 miesiąca. W momencie, gdy bóle brzuszka były już za nami. Przy piciu z piersi często było słychać jak malutka połyka powietrze. Podczas picia z butelki nie zdarzało jej się to.

Używałyśmy Dr Brown's 2 miesiące, do czasu aż cierpliwość mi się skończyła. Ma jedną, jak dla mnie wielką wadę. Spod zakrętki wycieka zawartość. Jak córka nie wypiła wszystkiego to po odłożeniu butelki na stół była plama mleka. Czasem ciekło mi po rękach. A Laura pije NUTRAMIGEN! (dla niezorientowanych, Nutramigen to mleko dla alergików, które nie pachnie zbyt ładnie)

Pozbyłam się szybciutko tych używanych, jedna całkiem nowa mi została (jakby był ktoś zainteresowany przetestowaniem, to mam do sprzedania)

HIT czy KIT?
Opisywana butelka, jak każdy produkt, ma swoje plusy i minusy. Jednakże jedyna wada, którą w niej znalazłam, spowodowała, że zrezygnowaliśmy z tego produktu. Przeciążyła szalę. Według mnie kit.





* Powyższa opinia jest moją subiektywną opinią. Nie należy się nią sugerować w stu procentach, ponieważ Ty mój drogi czytelniku, możesz mieć zupełnie inne zdanie.

środa, 21 października 2015

Gadżety niemowlaka: My Whisbear

Prawda jest taka, że gdyby nie Instagram nie dowiedziałabym się o Misiu Szumisiu, gdyby nie Miś Szumiś nie wiem jak wyglądałoby u nas usypianie dziecka. 
Na Instagramie praktycznie codziennie społeczność "instamatek" ujawnia jakieś nowe gadżety niemowlęce, jest tego pełno. Gdybym chciała mieć wszystko, nie miałabym chyba co jeść.. Jednak faktem jest, że niektóre pomysły są bardzo fajne, dlatego i ja kilka z tych rzeczy nabyłam.

Miś Szumiś jest obecnie już popularnym gadżetem. Po tym jak go poznałam, to "wystąpił" w Dzień Dobry TVN. Podejrzewam, że znacie go i Wy. Na wypadek gdyby nie, to przybliżę jego sylwetkę. 
Każdemu kojarzy się z czymś innym, jeśli jednak nazywają go miś to chyba jest po prostu misiem? Dla mnie wygląda jak piesek, a dla niektórych, z powodu swoich kończyn, może przypominać ośmiornicę. Każda łapka jest inna, jedną z nich kupując, można sobie wybrać. U nas wybór padł na arbuzową. Z tyłu ma włożony mechanizm, na baterie. Po włączeniu go zaczyna szumieć przez kilkadziesiąt minut, po czym sam się wyłącza. Można ustawić natężenie szumu, jest kilka stopni. Pomysłodawczynie wybierały z ponad dwudziestu różnych szumów i wybrały taki, który jest najbardziej zbliżony do szumów słyszanych przez dziecko w życiu płodowym. 

Jak działa?
Musiały trafić z tym szumem, bo działa cuda. My Szumisia dostałyśmy jak Laurka skończyła 3 tygodnie. Na początku, to normalnie magia, Szumiś został włączony, Laura momentalnie zasypiała. Później, podczas kolek, nie działał już tak dobrze (w tym przypadku niewiele działa, młode mamy coś o tym wiedzą), jednak zawsze się przydawał, kiedy nawet na rękach nie mogła usnąć. Te czasy wydają mi się takie odległe, a to było tak niedawno. Pamiętam jak trzymałam malutką na rękach, skakałam na piłce i trzymałam jej Szumisia niedaleko ucha i jakoś się tam zawsze udawało. Laurka i Szumiś do dzisiaj są nierozłącznymi kumplami. Zabieraliśmy go zawsze na spacery. Codziennie na noc włączam jej Szumisia, daję smoka (w końcu się trochę do niego przekonała!) i sama ładnie zasypia. Ciekawa jestem jak długo jeszcze będziemy z niego korzystać, ale na razie nie mamy zamiaru się z nim rozstawać. 




piątek, 28 sierpnia 2015

Smoczek, smok, dyduś...

Zawsze malutkie dzieciątka kojarzyły mi się ze smoczkiem w buzi. Było to dla mnie oczywiste, dziecko płacze, dziecku dajemy smoczka, dziecko się uspokaja. Nie przyszłoby mi do głowy, że jakiś niemowlak nie będzie chciał się ze smoczkiem w ogóle polubić. A jednak.. Jak się okazało, dużo mamuś ma z tym "problem". No właśnie, czy można nazwać to problemem? Przecież powinnam się cieszyć, że młoda nie chce 'dydkać', bo nie będę musiała jej odzwyczajać, odejdzie problem krzywych zębów i tym podobne historie. Szkoda tylko, że moje dziecko upodobało sobie kciuka zamiast smoczka.
Poszperałam, poczytałam jak przyzwyczaić dziecko do smoczka. Jedni doradzali, inni odradzali. Generalnie chyba większość dzieci karmionych piersią nie akceptuje smoczków.
Skończyło się na tym, że Laura od czasu do czasu akceptuje smoczek, ale niechętnie. W każdym razie zawsze coś, a tymczasem, walczę żeby za często nie ssała kciuka.
Wiele smoczków zostało przez nas wypróbowanych, ale nie mogę z czystym sumieniem polecić żadnego. Aktualnie zostaliśmy przy smoczkach firmy Avent.

Pierwszym smoczkiem Laurki był tommee tippee. Zdjęcia nie mam, bo już wyrzuciliśmy. Koniec końców dosyć chętnie go brała, ale musieliśmy wyrzucić bo był niehigieniczny. Do środka dostały się resztki mleka, których nie mogliśmy wydostać, a ponadto nie miał osłonki.


Skrzyneczka skarbów


Lovi
Ten smoczek otrzymałyśmy w szpitalu. Wiem, że dużo mam chwali sobie te smoczki, jednak mojej córce wyjątkowo nie przypadł do gustu. A szkoda, bo są ładniusie.

Hevea
Najbrzydszy smoczek świata. Też zachwalany. Z naturalnego tworzywa. Dlatego też jak z mężem go odpakowaliśmy to myśleliśmy, że zwrócimy śniadanie. Wali gumą. Zastanawiałam się czy w ogóle go podawać Laurze. Przemogłam się, 2 razy wzięła, ale bez większego zainteresowania. Razem z przesyłką zapłaciliśmy za niego 50zł, Sam kosztuje chyba niecałe 30zł. Ten też poszedł w odstawkę.

Avent

Przy tym aktualnie zostałyśmy. Na noc z nim zasypia, a na tym zależało mi najbardziej, bo chciałam, żeby zaczęła sama zasypiać w łóżeczku i się udało.



A ostatni smoczek, jest smoczkiem do podawania leków. Takie fajne rzeczy teraz wymyślają. Na szczęście jeszcze nie skorzystaliśmy i mam nadzieję, że nie prędko skorzystamy.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Pobyt w szpitalu - moje spostrzeżenia. UCK w Gdańsku

Od początku ciąży miałam dylemat jaki szpital do porodu wybrać. Jednak długo jeszcze zanim zaszłam w ciążę powtarzałam, że ja bez znieczulenia nie rodzę, nie ma mowy. Jak mówiłam, tak zrobiłam. W Trójmieście znalazłam jeden szpital, gdzie jest najbardziej prawdopodobne, że będę mogła dostać znieczulenie. Na szczęście przyjęli mnie tam (czytałam, że często odsyłają, z powodu braku miejsc).
Dużo opinii naczytałam się o tym szpitalu, większość pozytywnych. Nie zawiodłam się, sama wystawiam mu pozytywną opinię. Jak któraś z ciężarnych jest z Trójmiasta lub okolic polecam Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku.
Lekarze, położne, pielęgniarki, panie sprzątające, studenci na stażach - wszyscy bardzo mili i przejmujący się każdą położnicą. Mam zastrzeżenia tylko do izby przyjęć, tam panie były bardzo nie miłe, ale to na szczęście tylko niewielka część pobytu w szpitalu.
Spędziłyśmy tam tydzień - co generalnie było dla mnie ciężkie. Jak już naturalnie udało mi się urodzić to miałam nadzieję, że wyjdę po drugiej dobie i tak od drugiej doby czekałyśmy na ten wypis. Doczekałyśmy się po siedmiu dniach. Dzięki temu dobrze zaznajomiłam się z lekarzami i szpitalem. Przez ostatnie dwa dni, personel co chwilę pytał: A co Wy tu jeszcze robicie? :)
Byłam w sali dwuosobowej, a zdążyłam poznać trzy dziewczyny, które ze mną leżały.

Podzielę swoją ocenę na kategorie:

LEKARZE:

Codziennie obchód, rano i wieczorem. Który trwał może minutę. Sprawdzają, czy wszystko dobrze się goi. Często przychodzą z całą gromadą studentów, którzy się uczą. Nie mam zastrzeżeń :D

Neonatolodzy bardzo mili, też dwa razy dziennie przychodzili badać dzieciaczki. Codziennie dziecko było ważone.

STUDENCI:

Na izbie przyjęć trzeba się zdeklarować czy zgadzamy się, aby przy różnych badaniach czy samym porodzie byli obecni. Ja się zgodziłam i chyba większość kobiet się godzi. Na kimś się muszą uczyć :) Codziennie tam kręcą się po szpitalu, często przychodzą i pytają czy czegoś nam nie potrzeba - serio czułam się tam jak w dobrym hotelu :P
Jak poprosiliśmy o jakiegoś lekarza, czy położną to zjawiali się w kilka minut, chętni by pomóc.

POŁOŻNE:

Nie wiedziałam jak to będzie wyglądać. Myślałam, że jedna położna przypada na jedną rodzącą, ewentualnie jakaś zmiana, kiedy kończą pracę. A na mojej sali porodowej przewinęło się chyba z dziesięć położnych.. a rodziłam 11 godzin. Przestałam już liczyć potem. Sama nie wiem czy to dobrze czy nie, potem już mi było wszystko jedno. Większość położnych miła, tylko jedna przyszła zwrócić mi uwagę, że za głośno wrzeszczę. Padły takie słowa, jak to niektóre dziewczyny się skarżą: Chciała mieć Pani dziecko? To niech się pani teraz nie drze.. Pani ta miała dość stanowcze usposobienie. Była też jedna taka, która mówiła do mnie zdawkowo, chłodno, generalnie miała mnie gdzieś :) Pozostałe bardzo miłe, więc i tak nie jest źle.

DORADCA LAKTACYJNY:

Pani położna z wielką pasją. Gdy była przez nas poproszona, przybywała niemal od razu. Doradzała dużo, pomagała w utrzymaniu laktacji.

PIELĘGNIARKI:

Znowu, bardzo miłe panie. Raz miałam kryzys, kiedy dziecko mi płakało, a ja nie mogłam nic zrobić i płakałam razem z nim. Pielęgniarka to zauważyła i dała mi jakieś naturalne krople na uspokojenie. Pocieszała, że to normalne, bo hormony po porodzie buzują i czasem nie da się powstrzymać łez. Pomogło i już nie rozczulałam się nad sobą :)

PORODÓWKA:

Znowu moje wyobrażenia mnie zawiodły, na szczęście! Ja myślałam, że wyląduje w jakiejś sali z zielonymi kafelkami, parawanami i różnymi nie najlepiej kojarzącymi się rzeczami.
Wylądowałam w schludnej jasnej sali, z łazienką i prysznicem. Dostałam piłkę do skakania. Łóżko było duże i nowoczesne. Na łóżku na którym leżałam pod ktg rodziłam, dodali tam dostawki na nogi. Moja sala była połączona z salą gdzie badano i ważono noworodki.

                                   


SALA:

Po porodzie trafiłam z mężem i dzieckiem na salę poporodową, gdzie poleżeliśmy chyba pół godziny, po czym ja z dzieckiem zostałam przewieziona na naszą salę. Mąż musiał nas zostawić, gdyż nie była to pora odwiedzin.
Udało mi się otrzymać salę dwuosobową o podwyższonym standardzie - w szpitalu są takie dwie, dwuosobowa i jednoosobowa. (Należało za nią wpłacić dowolną sumę na fundację, o ile dobrze pamiętam). Bardzo się cieszę, że tam trafiłam. Leżałyśmy tydzień, więc wielkim komfortem był fakt, że mam łazienkę w pokoju - nie wyobrażam sobie wychodzić do łazienki na korytarzu i zostawiać dziecko w sali. Jakbym musiała to nie miałabym wyjścia, ale miałam szczęście.
Poza tym sala duża, przestronna, z przewijakiem i dużym zlewem, gdzie dzieci były kąpane. Do tego miałam do dyspozycji dwie szafki, lodówkę, mały stolik z krzesłem i fotel.



ODWIEDZINY:

Trzy razy dziennie, rano, w południe i wieczorem po godzinie, która strasznie szybko mijała.. Mogły przyjść maksymalnie dwie osoby. Mąż śmiał się, że mógłby przejechać tą trasę z zamkniętymi oczami, przyjeżdżał dwa razy dziennie. Poza godzinami odwiedzin, była specjalna sala, gdzie można było posiedzieć z rodziną.

JEDZENIE:


Menu dla matek karmiących, więc obiady gotowane. Jakieś klopsy i tego typu sprawy. Bywało różnie, raz dostałam jakieś dwie malutkie kromki chleba i kilka plastrów szynki, a raz cztery duże pajdy chleba i do tego jedno jajko (mieli trochę problem z proporcjonalnością). Czasem też trafił się jogurt, czy nawet ciasteczka. Generalnie to rodzina mnie zaopatrywała w jedzenie głównie.

Ostatniego dnia obiad mi strasznie zaszkodził. Brzuch rozbolał mnie tak, że się zwijałam i myślałam, że stamtąd nie wyjdę. Nie wiem czy coś w tym obiedzie było, czy zareagowałam tak z emocji, że w końcu wychodzimy.



Chyba o niczym nie zapomniałam. Podsumowując, jestem bardzo zadowolona, że tam trafiłam. Dobrze wspominam ten okres, mimo, że bardzo chciałam już iść do domu.

Wiadomo, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!