Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porady. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 czerwca 2016

Z dzieckiem podczas upałów - nasze sposoby

W końcu nadeJszły, tak bardzo wyczekiwane przez większość z nas, upały. Afryka, to mało. Ponoć jak ktoś urodził się latem to uwielbia skwar i jest wrogiem zimna. Nie wiem ile w tym prawdy, ale u mnie się to sprawdza w stu procentach. Zawsze uwielbiałam upały, mogłabym zamieszkać na Majorce, ale z dzieckiem bywają nieco upierdliwe. Gdy nie masz siły ręką ani nogą ruszyć, a musisz latać za małym brzdącem. 

Skoro my nie mamy siły przy takiej pogodzie, nie dziwota, że maluchy są marudne. My, jako rodzice, musimy stanąć na wysokości zadania i sprawić, by dziecko czuło się jak najbardziej komfortowo w taką pogodę. 



Mamy 4 podstawowe sposoby na przetrwanie upałów z maluchem:

1. Zabawa na świeżym powietrzu


Dzieciaki uwielbiają hasać po podwórku. Laurka aż podskakuje z radości, gdy widzi, że wychodzimy z chaty. A wracając marudzi, czasem nawet płacze. 

Spacery w trzydziestostopniowym upale to nie najlepszy pomysł. Rodzic spoci się po dziesięciu krokach, a maluch po minucie zacznie marudzić, że musi siedzieć w wózku i przyklejać się do jego oparcia. 

Proponuję, w miarę możliwości, wyłożenie się na kocu w ogrodzie, na balkonie, na plaży, przed blokiem, w parku czy gdziekolwiek na kawałku trawy. Najlepiej w zacienionym miejscu. 
Nie powinno się wychodzić z dziećmi pomiędzy godziną 11:00 a 15:00. My się tego tak bezwzględnie nie trzymamy, ale jeśli wychodzimy w tych godzinach, to pilnujemy, aby nasze dziecko znajdowało się w cieniu. 

Co można robić na zewnątrz, aby dziecko się nie nudziło?

W naszym przypadku sprawdzają się takie narzędzia jak: 

  • koc
  • basenik
  • konik na biegunach
  • huśtawka
  • wiaderko i łopatka + ewentualnie piaskownica
  • piłka
  • rowerek
  • wszystkie inne zabawki jakie przyjdą Wam do głowy
Nam powyższe zabawy starczają na jakiś czas. Wracamy do tych zabawek dwa razy w ciągu dnia, więc kilka godzin marudzenia mamy z głowy. 


2. Krem z filtrem + nakrycie głowy


Bez dwóch zdań, to jest MUST HAVE każdego dziecka i rodzica. Kremować należy dziecko co cztery godziny. U nas wybór padł na krem La Roche Posay Anthelios 50+ dla dzieci. Czapka, czy też chustka, to jest konieczność w przypadku maluszka. Ja zakładam małej zawsze, nawet gdy siedzimy w cieniu. 


3. Nawadnianie


Moje nie pijące wody, dziecko, przez ostatnie dwa dni pije jej bardzo dużo. A ja cieszę się z tego niezmiernie. Ja też zwykle niewiele piję wody, bo zwyczajnie o tym nie pamiętam. Podczas takich upałów pragnienie samo krzyczy o kubeł wody, najlepiej bardzo zimnej. 
O ile odczuwamy pragnienie jest dobrze. Niektórzy go nie odczuwają i myślą, że ich organizm nie potrzebuje wody. Takie myślenie nie jest zbyt rozważne. Jeśli nie lubicie czystej wody, zachęcam do zrobienia sobie lemoniady.
Także, drodzy rodzice, nawadniamy siebie i nasze pociechy. Bardzo łatwo o odwodnienie w taką pogodę.  


4. Drzemka pod pieluchą


Gorąco, duszno, parno, nie ma czym oddychać.. I weź tu człowieku chodź w ubraniach, śpij w piżamie, przykryty kołdrą. Słabo. Laurka czasem śmiga w samym pampersie, czasem w lekkich przewiewnych bluzkach. W ciągu dnia śpi przykryta pieluchą tetrową (wiem, że niektórzy rodzice korzystają z otulaczy muślinowych, których jeszcze nie odkryłam). Wieczorem też przykrywam ją pieluchą. W nocy sprawdzam czy nie jest jej zimno, w razie czego wymieniam pieluchę na cienki kocyk. 
A mój mąż śmieje się ze mnie, bo ja śpię pod kołdrą. No cóż, nie znalazłam jeszcze tak dużej pieluchy tetrowej.


To są nasze podstawowe sposoby radzenia sobie z upałem. Nie będę za bardzo narzekać, bo jednak wolę taką aurę, aniżeli zimową. Wiem, że ta pogoda nie będzie trwała wiecznie, więc cieszmy się nią i korzystajmy.


Jak Wy się czujecie? Dajecie radę w tym skwarze?

środa, 15 czerwca 2016

Gdy Twoje dziecko nie chce pić wody + recenzja kubka MAM Fun to drink cup od MAM BABY

Zostałyśmy obdarowane od firmy MAM Baby kubkiem niekapkiem MAM Fun to drink cup. Ucieszyłam się, że mogłam wybrać sobie taki produkt, ponieważ poprzedni niekapek kompletnie nam się nie sprawdził i Laura cały czas piła z butelki. A swoje lata już ma.. więc trzeba było się przestawić na kubek. Przyznam szczerze, że miałam też obawy, czy się przekona do takiego sposobu picia. Tak czy inaczej ten moment musiał nadejść.




Kubek jest przeznaczony dla dzieci powyżej 8. miesiąca życia. My na liczniku mamy już 12.
Ja go osobiście nazywam kubkiem niekapkiem i kapkiem. Bowiem jest możliwość ustawienia sobie tych dwóch funkcji. Po wyjęciu zaworu kubek MAM ma wolny przepływ.

Twardy ustnik jest pomocny przy przygotowaniu dziecka do picia z normalnego kubka.

Jak widać na zdjęciu poniżej kubek składa się z kilku części, dzięki czemu bardzo łatwo się go czyści. Dla mnie to ogromny plus, bo bałabym się, że w zakamarkach mogą zalegać jakieś resztki soku, z którym wiadomo co po czasie się dzieje. Strasznie niehigieniczne są kubki, które się nie rozkładają, albo robią to w niewielkim stopniu. Tutaj nie ma tego problemu, każda szczelinka jest widoczna gołym okiem.
Rozkładnie i składanie jest bardzo szybkie. Jest naprawdę prosty w użyciu.


Kubek Mam Fun to drink cup jest wyprofilowany tak, by swoim kształtem pasował do rączek dziecka. Laurce bardzo dobrze się go trzyma. Powiem więcej, dotąd Laura nie umiała pić z butelki sama, a z kubkiem nie raz jej się udało samodzielnie napić. Oczywiście musi jeszcze poćwiczyć, ale łatwiej jej się go przechyla niż poprzednie butelki. Ponadto lubi go po prostu trzymać, nawet jak akurat z niego nie pije. Nie raz uratował nas na spacerze, jak już przyszła pora na marudzenie. Dodatkowo przez ząbkowanie, ustnik spełnia idealnie rolę gryzaka. Jest trochę porysowany od ząbków fakt, ale czemu się tu dziwić? Moje ręce i nogi doskonale przekonały się jak ostre zęby ma moja córka.

Ooo, faktycznie nie kapie!



Na koniec omówienie designu, nad którym jak zwykle będę się rozpływać. Ten kolor maksymalnie mnie urzekł. Jest bardzo wyraźny i taki dziewczęcy. Do tego zielony ustnik pasuje idealnie według mnie. Dobór kolorów jest ciekawy, bo nie oczywisty, a pasuje jak ulał.

* Po więcej informacji na temat MAM Fun to drink cup odsyłam tutaj. Można tam znaleźć jeszcze inne wersje kolorystyczne.
* Wszystkie inne produkty firmy MAM Baby znajdziecie tutaj.

Koniec końców, jesteśmy bardzo zadowolone z naszego wyboru. Dobrze jest mieć taki przejściowy kubek. Chociaż wiem, że niektóre mamy przechodzą od razu na zwykły kubek, ale to nie na moje nerwy. Jakie są Wasze doświadczenia w tym temacie?

A może powiecie mi, czy Wasze dzieci lubią pić i co piją? Podstawą w diecie każdego człowieka, czyli dziecka również powinno być uzupełnianie wody w organizmie. My niestety od początku mieliśmy z tym problem.

Laura soczki pije aż jej się uszy trzęsą. Mogłaby całą butelkę pochłonąć na raz i prosi o więcej. Tak, podałam jej w końcu sok, bo w ciągu dnia prawie w ogóle nie piła, a jadła już sporo stałych pokarmów.
Jednak cały czas dążymy do tego, aby córcia polubiła czystą wodę.

Co robimy w tym kierunku?
Na początku rozcieńczałam sok Bobofrut z wodą, pół na pół. Cały czas była to dla mnie jakaś bomba cukrowa, mega słodkie są te soki. Zaczęłam dodawać coraz mniej, aż doszłam do momentu, że tylko zabarwiamy nim wodę. Też przechodzi, ważne, że ma jakiś smak.

Kolejny nasz sposób to woda jabłkowa. Babcia Laurki przygotowuje dla niej musy jabłkowe w słoiczkach. Zamykane na gorąco, więc mamy zapas - bardzo przydatne. Dwie łyżeczki takiego musu zalewam wrzątkiem, następnie przecedzam to przez sitko do butelki i dolewam jeszcze czystą wodę. Słodkie to absolutnie nie jest, a ma posmak jabłka. Laurka chętnie wypija taki napój.

Teraz gdy jest ciepło i mamy dużo różnych sezonowych owoców można pobawić się w przeróżne wody smakowe w zdrowym wydaniu. Nasz hit ostatnio to woda truskawkowa. Kilka truskawek rozkrajam na pół, wrzucam do naszego kubeczka Mam fun to drink cup, zalewam je wrzątkiem. Wtedy puszczają trochę więcej smaku. Dolewam do tego zimną wodę, ostatnio dodaję również świeżą miętę, przyniesioną z darów naszego ogrodu.


Można tak kombinować dosłownie ze wszystkimi owocami. Woda z cytryną czy pomarańczą też będzie w porządku, o ile podajecie już swoim pociechom cytrusy.

W związku z tym, że mamy tyle możliwości, wycofujemy się z soczków. Będziemy ich używać czasem do domowego kisielku.

Aktualnie jeszcze ciągle podaję Laurce czystą wodę w butelce. Co kilka minut jednego mini łyczka weźmie, więc to już jest nasz mały sukces. Już nie odwraca głowy na sam widok butelki z wodą.

Kompani zabaw!

piątek, 29 kwietnia 2016

Baby Design: Dotty, Mini, Cookie - moje spostrzeżenia

Nasza przygoda z firmą Baby Design zaczęła się niewinnie, całkiem przypadkowo. Będąc w ciąży kilkanaście razy zmieniałam decyzję dotyczącą kupna konkretnego modelu wózka. Gdy wybrałam już taki, który mi odpowiadał i byłam pewna na sto procent, że go bierzemy to nagle wpadał mi w oko zupełnie inny wózek. 

Koniec końców wybraliśmy Baby Design Dotty 2w1.



Wybór padł na wózek tej firmy, ponieważ dużo lżej i swobodniej prowadziło mi się go po sklepie niż wózki konkurencji. Dodatkowo bardzo spodobał mi się design i spory wybór kolorystyczny. 
Rodziłam pod koniec maja, a ten model był nowością na rynku. Zamówiliśmy więc i czekaliśmy na dostawę. W zasadzie otrzymaliśmy go w ostatniej chwili i niestety nie w tym kolorze jaki chcieliśmy (szary + turkus). Tu się trochę zawiodłam, ponieważ chciałam mieć ten wózek również ze względu na kolorystykę. Dostaliśmy wybór: brązowy, granatowy lub zwrot pieniędzy. Z racji tego, że córeczka była już na świecie, musieliśmy brać co było. 

Tak czy inaczej, w mojej opinii, wózek jest ślicznie wykonany. Połączony jest dwoma odcieniami (ten kontrast bardzo mi się podoba) z dodatkiem uroczych kropeczek na jaśniejszej części. 
Wózek jest masywny, co zawsze kojarzy mi się z porządnym wykonaniem. Mimo tego jest bardzo zwrotny, lekko i przyjemnie się go prowadzi. Noo.. może nie pod górę, bo jednak swoje 15 kg (spacerówka) waży + 10 kg dziecko. 
Posiada duże pompowane koła, więc sprawdza się również na trudniejszych terenach. 
Do wózka otrzymaliśmy torbę, pompkę do kół oraz folię przeciwdeszczową. Moskitierę i parasolkę musieliśmy sobie dokupić. 
Plusem w tym modelu jest duża torba. Wydaję mi się, że w Baby Design Husky jest mniejsza. Jest to istotne, bo nawet w tą ledwo się mieszczę, a ma chyba tysiąc przegródek i sporo miejsca. 
Nagadałam się o torbie, a przed opublikowaniem posta zorientowałam się, że na zdjęciach jej nie ma. Także... zobaczcie sobie w necie. ;)


Gondolę użytkowaliśmy ponad 6 miesięcy i byliśmy zadowoleni, Laura chyba też. Najbardziej podobało się jej, że można było podnieść zagłówek, dzięki czemu miała lepsze pole widzenia. 

W końcu nastał dzień, kiedy Laurka przestała mieścić się w wózku dla małych niemowlaczków i trzeba było ją przerzucić na spacerówkę. 


Na szczęście jest opcja całkowicie płaskiego położenia, bo malutka jeszcze wtedy sama nie siadała. Są 3 stopnie położenia oparcia. 
Rączka w wózku jest regulowana, w zależności od wysokości kierowcy. Nie można przełożyć jej na drugą stronę, ale spacerówkę można zamontować obustronnie, kiedy dziecko chce bardziej podziwiać świat niż patrzeć na rodziców. 
Torba na zakupy jest spora, zapinana na zamek. Zamknięcie jest siateczkowe, więc widać co jest w środku, dla mnie ok. 
To był dobry zakup. Jednak jak już pisałam, wózek masywny, 15 kg, a ja sama ważę niewiele więcej.. więc chciałam dodatkowo kupić spacerówkę, która będzie dużo lżejsza, nie wydając przy tym fortuny. 

Przypadkowo w sklepie natrafiłam na Baby Design Mini. 




Nie planowałam tego i nie szukałam niczego akurat od nich. Sam wpadł mi w ręce i świetnie się go prowadziło. Patrząc na cenę, zbyt długo się nie zastanawiałam, musiałam go mieć. 
Jest lekki (7 kg) i zwrotny. Znowu design mnie nie zawiódł, duża gama kolorystyczna. Dodatkowo obrazeczki, które tylko dodają uroku. Kosz na zakupy, jak na małą, kompaktową spacerówkę, naprawdę spory. Tacka dla rodziców zamontowana przy rączce (możliwość ściągnięcia). Pakowna kieszonka z tyłu wózka. Na koniec rzecz, która jest według mnie bardzo przemyślana i daję za to ogromnego plusa: dodatkowo powiększana budka, co chroni przed słońcem czy wiatrem. Parasolka dzięki temu jest tu niepotrzebna i szczerze mówiąc byłaby dużo mniej wygodna w użytkowaniu. 
Co prawda używamy tego wózka dopiero przez miesiąc, ale ja już wyrobiłam sobie opinię na jego temat. Jest świetny! Lepiej, za tą cenę, naprawdę nie mogłam trafić. 

Na krzesełko do karmienia też trafiłam przypadkiem. Przeszukiwałam internet w celu owego zakupu i natrafiłam na to cacko. Mnie się znowu bardzo spodobał design, w różnych kolorach. Najbardziej przypadł mi do gustu turkus (gdyby nie Dotty, to wszystko byłoby w turkusie). Dopiero po przeczytaniu opisu okazało się, że to Baby Design Cookie. 




Nie sprawdzałam w sklepie, brałam w ciemno. Nie żałuję, choć w tym przypadku mam jedno zastrzeżenie. W zasadzie nie mam porównania, dotąd nie testowaliśmy innych krzesełek. W tym modelu kółka są tylko po jednej stronie, do tego nie jeżdżą zbyt płynnie. W sumie kiedy chcę je przenieść do innego pomieszczenia wolę zatargać poprzez podniesienie niż podjechanie nim. Jednak krzesełko ma swoje stałe miejsce w domu, więc to dźwiganie nie zdarza się często. 
Od naszego przenoszenia, przesuwania, starł się przedni napis. Co oczywiście nie odejmuje mu funkcjonalności. 
Pokrycie łatwo się czyści. Możliwe jest ściągnięcie tacki, aby dokładniej ją wyczyścić. Całą tackę, tzn. przód można ściągnąć, wtedy zostaje samo krzesło, bez stolika. O tym, że są pięciopunktowe pasy chyba nie muszę wspominać? Oparcie i wysokość są regulowane - 3 stopnie. 
Pod krzesełkiem znajduje się duży kosz - w naszym przypadku na zabawki i śliniaki. 

Trochę tego wyszło, ale zależało mi żeby wszystko znalazło się w jednym poście. 
Podsumowując jestem zadowolona z produktów jakie tworzy Baby Design. Firma bardzo wpasowała się w mój gust. Funkcjonalność też na bardzo dobrym poziomie. 

Także dla mnie zdecydowany HIT!

PS. Założyłam stronę na Facebooku, aby na bieżąco informować Was o nowych postach. Jeśli polubicie zrobi mi się naprawdę miło!

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

5 kroków do zdrowego odżywiania

Jeszcze kilka lat temu nie zastanawiałam się nad tym co jem. Nie czytałam składu produktów, które kupuję, do czego teraz bardzo wszystkich zachęcam. Mimo coraz większej świadomości ludzi, znajdą się jeszcze tacy, którzy kupują wszystko jak leci myśląc, że skoro dopuszczono to do sprzedaży to jest zjadliwe i krzywdy przecież nie zrobi!
Układ pokarmowy jest moim zdaniem trochę jak centrum dowodzenia naszego organizmu. Dużo różnych dolegliwości można przypisać nieprawidłowej diecie.

U mnie z tą dietą różnie aktualnie bywa, nie jestem jakimś chodzącym przykładem. Ale jestem świadoma i wiem co zjadam, nawet jak skuszę się na ciasteczka sklepowe. Zawsze jednak czytam skład i staram się wybrać te z najmniejszą ilością syfu (zawsze coś).
Staram się by było lepiej, bo wiem jak to na mnie działa. W okresach gdy odżywiam się naprawdę zdrowo kończą się moje migreny, bóle brzucha, problemy trawienne, mam więcej energii i generalnie tryskam radością.

Przejście na zdrową dietę nie jest łatwe. Ja wyznaję metodę małych kroczków, którą polecam wszystkim, którzy proszą mnie o radę.



1. Jedz 5 posiłków dziennie

Ważne jest by jeść regularnie, w podobnych odstępach czasu. Wliczając w to 3 główne posiłki: śniadanie (najważniejszy posiłek dnia), obiad i kolacja. Dodatkowo 2 mniejsze tj.: drugie śniadanie i podwieczorek.

2. Pij wodę

Nie wiem skąd jest to hasło: WODA ZDROWIA DODA, ale jest bardzo prawdziwe. U mnie z tym jest największy problem niestety, nie przepadam za czystą wodą i zmuszam się by ją pić. Czuję jednak jakie są efekty.

Ostatnio cierpiałam przez 1,5 tygodnia! z powodu migreny (przychodziła i na chwilę odchodziła, żeby znów mnie odwiedzić kolejnego dnia). Wody nie piłam wcale, może 2 herbaty dziennie. Przy małym dziecku wbrew pozorom nie jest to takie proste, bo zwyczajnie o tym zapominam. Jednak wypijając odpowiednią ilość wody czuję się znacznie lepiej.
Proponuję zacząć od szklanki wody z cytryną wypijanej na czczo (30 minut przed śniadaniem).
Nie popijaj w trakcie posiłku, zaraz po, ani tuż przed.

3. Zrezygnuj z cukru

Biały cukier nie jest nam do niczego potrzebny. Jeśli nie możesz obejść się bez słodyczy, istnieją zdrowsze zamienniki, jak np. ksylitol (cukier brzozowy), stewia czy miód. Polecam robienie domowych słodyczy - zdecyduj sam/a z jakich składników będą Twoje słodycze. 

4. Stop fast food'om

Jedzenie, które nie psuje się przez sto lat, tym bardziej nie jest Ci do życia potrzebne. Zdecydowanie lepiej wyjdziesz na tym, jeśli zrobisz sobie domowe burgery czy pizzę. Smak o wiele lepszy i dużo zdrowiej. Oczywiście dodając do tego maksymalną ilość warzyw.

5. Jedz warzywa i owoce 

Najlepiej by było, gdybyśmy dodawali warzywo lub owoc do każdego posiłku - z przewagą warzyw. Wbrew pozorom nie jest to trudne. Do kanapki pomidor, rzodkiewka czy kiełki, do owsianki jabłka, a między posiłkami można schrupać marchewkę czy kalarepę. Koktajle i świeżo wyciskane soki też są świetnym posiłkiem.
Energię na cały poranek (jak głosi hasło reklamowe) zaczerpniesz raczej z owocowego koktajlu z dodatkiem kaszy jaglanej aniżeli z masła czekoladowego. 

Życzę Wam wszystkim wytrwałości w dążeniu do celu, niezależnie od tego jakie macie. Bądźcie zdrowi i szczęśliwi jedząc smacznie i wartościowo! 



*Powyższe wytyczne nie są poradami specjalistycznymi, nie jestem dietetykiem.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Jak zatrzymać w pamięci najpiękniejsze chwile

Wielkimi krokami zbliżamy się do urodzin naszej córeczki. Prawie rok minął od jej narodzin. Niesamowite! Czas nam tak szybko zleciał. Chcielibyśmy zatrzymać w pamięci każdą minutę z życia naszego dziecka, aby zachować je na pamiątkę. Wiadomo jednak, że pamięć ma ograniczoną pojemność, a nasze życie jest długie. Należy więc, zrobić coś, aby w inny sposób zachować najwspanialsze momenty i do nich wracać. 
Ten post jest dedykowany takim sentymentalnym rodzicom jakimi jesteśmy my. 

Mamy kilka sposobów, pomagających zatrzymać piękne chwile w pamięci.


1. ZDJĘCIA




W dzisiejszych czasach to nie problem cyknąć fotkę. Mamy telefony z aparatem, które zawsze są pod ręką. Założę się, że tak jak i ja macie mnóstwo zdjęć swoich pociech. 
Kiedyś, jak ja byłam mała, nie było takich możliwości. Był aparat, klisza, z określoną ilością zdjęć i brak podglądu. Jednak trochę albumów z dzieciństwa się nazbierało. Niektóre rozmazane, źle wykadrowane, ale każde niesie ze sobą swoją historię i to jest piękne. 
Uwielbiam oglądać swoje zdjęcia, właśnie w takiej formie. Chcę, żeby moje dziecko również miało taką możliwość. Mamy więc albumy i co jakiś czas wywołujemy najpiękniejsze zdjęcia.


2. ALBUM MOJEGO DZIECKA



Super sprawa. W naszym wydaniu jest mnóstwo ciekawych rubryk do wypełnienia. 

  • Ulubione zabawy, powody płaczu i śmiechu.
  • Jak spędzam dzień mając 3, 6, 12 miesięcy.
  • Wizyty u lekarza.
  • Schemat kiedy wyszły mi ząbki.
  • Drzewo genealogiczne, z miejscami na zdjęcia.
  • Co było na topie, gdy się urodziłam (książki, muzyka), jakie były ceny w sklepach.
  • Wzrost i waga w określonym miesiącu.
  • Moja pierwsza uroczystość.
  • Moje pierwsze urodziny.
  • Pierwsze wakacje. 
  • Kiedy zrobiłam coś pierwszy raz.
  • Miejsce na odcisk dłoni i stopy.
  • Kopertka do włożenia kosmyka włosów.
  • Wyznaczone miejsca na wklejenie zdjęć. 

Pewnie jeszcze wiele innych rzeczy, które pominęłam. Uwielbiam uzupełniać ten album!


3. PIERWSZY ROCZEK




Ten dziennik dostałam w prezencie. Od razu, gdy go zobaczyłam, wiedziałam, że będę zapisywać codziennie wydarzenia związane z moją córeczką. 
Jest to wydane w formie kalendarza z miejscem do notatek. Każdego dnia można napisać kilka krótkich zdań. 
Ja piszę w formie pierwszoosobowej, ale w imieniu Laurki. Niektóre wpisy są dość zabawne, niektóre mogą wydać się nudnawe (jednak dzień po dniu nie robimy spektakularnych rzeczy). Myślę sobie, że będzie to dobra pamiątka. Ja osobiście z chęcią bym teraz przeczytała sobie taki dziennik i dowiedziała się co porabiałam mając kilka miesięcy. Zobaczymy, czy Laurka uzna to za równie ciekawą pamiątkę. 

A Wy, jaki macie sposób, aby zatrzymać chwile? 

sobota, 23 stycznia 2016

Pielęgnacja suchej skóry niemowlaka

Jak Laura skończyła miesiąc, pediatra stwierdziła u niej skórę atopową. Była szorstka, na twarzy miała wysypkę. Powiedziano nam, że mała ma prawdopodobnie nietolerancję białka mleka krowiego. Jako, że karmiłam piersią, musiałam przejść na restrykcyjną dietę. Oprócz całego nabiału musiałam odstawić też kupne wędliny. Nie było tak ciężko, ponieważ już wcześniej przez to przechodziłam. 
Zalecono nam kąpać małą tylko i wyłącznie w emolientach oraz smarować emolientami skórę.

Za radą pani doktor udałam się od razu do apteki i kupiłam to co akurat mieli i już nie pamiętam nazwy tego specyfiku. W każdym razie diagnoza naszej pediatry to strzał w 10, ponieważ już po kilku dniach diety i smarowania wysypka zaczęła schodzić i buźka pięknieć. 

Laurka chyba nie ma jednak aż tak bardzo wymagającej skóry, ponieważ każdy emolient działa na nią tak samo dobrze. Jednak nie sprawdziłam jeszcze czy zwykły balsam nawilżający by podołał. 
Jako, że chcę, aby moja córka miała najlepszą pielęgnację, przejrzałam internet jakie specyfiki rodzice polecają. Okazało się, że u wielu sprawdza się emolium, w przypadkach gdzie inne specyfiki zawodzą. Nie chcąc wyrzucać pieniędzy w błoto sama zdecydowałam się na emolium i jestem bardzo zadowolona. Skóra po nim jest mięciutka i ładnie nawilżona. Mamy z tej serii aktualnie balsam i krem specjalny do twarzy. Zawsze po kąpieli jest smarowana, to już nasz rytuał. Wypróbowaliśmy również płyn do kąpieli, ale teraz używamy już żele z innych serii. 


Skończył nam się emolient w żelu, a dostaliśmy zwykły żel do mycia Nivea Baby. Sprawdzimy jaka będzie reakcja skóry. Jednak wydaje mi się, że mała dobrze go przyjmie, bo to w końcu produkt, który jest spłukiwany, nie wsiąka aż tak w głąb skóry jak balsam. 


Jedynym moim dylematem jest stosowanie kremów na zimę. Mamy już krem Nivea Baby i Babydream do stosowania na zimę i wiatr. Nie służą one jednak córci. Są perfumowane, nie znalazłam innych. Także nie wiem czym ją smarować na te mrozy. 


W naszej pielęgnacji przez pierwsze miesiące życia była w użyciu codziennie oliwka. Mała miała bardzo suchą skórę głowy, co traktowaliśmy jak ciemieniuchę. Oliwka niewiele pomagała, musiało samo przejść. 

Mam nadzieję, że sucha skóra już nas nie dotyczy. A tym bardziej, żadne wysypki. Wiem, jak dzieci się w takich stanach czują, gdy swędzi je całe ciało. 

piątek, 4 września 2015

To w końcu ile tych ciuszków kupić na początek?

Szykując wyprawkę, od wielu osób słyszałam: "Nie kupuj tylko dużo ciuchów! Na pewno coś dostaniesz, a dziecko szybko wyrasta i nie wynosi tego nawet".
Trochę posłuchałam, trochę nie (generalnie nie jestem z tych co by słuchali innych). 
Także byłam w Anglii, z mamą trochę pobuszowałyśmy po sklepach. Uwielbiam te małe słodkie ciuszki, chyba jak większość mam. Ciężko było się oprzeć, ale podeszłam do tematu również z głową, mając na uwadze słowa doświadczonych osób. Poszperałam w internecie, gdzie można znaleźć listy wyprawkowe i sama utworzyłam swoją listę, tak by się nie zagalopować, bo faktycznie szkoda byłoby kupić i nie ubrać ani razu.  
Lista została zrealizowana, a w efekcie, kiedy mała się urodziła i tak musiałam dokupić kilka rzeczy. Bo jak się okazało w prezencie nie dostaliśmy zbyt wielu ciuszków, więc dobrze się przygotowałam :) Nie można zdać się na to co inni mogą przynieść, bo nie muszą. A dziecko chodzić w czymś musi, a szczególnie moje, które ma tendencje do robienia kup po łopatki przynajmniej raz dziennie! 

Na pierwsze trzy miesiące mieliśmy:
3 pary spodni długich, jedne krótkie 
po kilka sztuk body z długim i krótkim rękawem
kilka sukieneczek (dostałyśmy, ale nie są to zbyt wygodne ubranka, po prostu ładne)
6 pajaców (dla nas to i tak było niewiele, mała sporo ulewała na początku plus te kupy)
żadnych śpioszków, bo tego się już chyba nawet za często nie nosi, pajace są lepsze według mnie
rękawiczki niedrapki (nazbierało się 6 par, ani jedne nie zostały użyte - w szpitalu kazali nie ubierać, to potem też już nie było sensu)
6 par skarpetek (pewnie nawet 3 by wystarczyły) 
kilka czapeczek (na początku ubieraliśmy jej, ale potem całe lato prześmigała bez czapki)
2 ubranka mieliśmy, w które Laura już od urodzenia nie wchodziła (nie polecam kupować ciuszków na newborn 50, bo nie wiadomo ile dziecko będzie mierzyć, a tak naprawdę średnio dzieciaczki mają te 55cm, u nas było to 56, więc już ten rozmiar wyżej)

Oczywiście wyprawka letnia (nasza) znacznie różni się od wyprawki zimowej, którą my teraz już powoli kompletujemy :) Dużą pomocą jest tutaj moja mama, która uwielbia kupować ciuszki Laurce :) 


środa, 5 sierpnia 2015

Czy warto zdecydować się na poród rodzinny?

- Jak tam Kochanie, chcesz być ze mną przy porodzie?
- ... :o   Nie wiem, muszę się zastanowić.. Jeśli Ty tego chcesz. Ale nie wiem czy dam radę..

To, że my kobiety rodzimy, nie oznacza, że tylko nas dotyczy stres przedporodowy. Mogę tylko podejrzewać co mój Mąż czuł podczas porodu, nie wiem tego na pewno. Mnie to tylko bolało, prosiłam, błagałam go żeby coś zrobił, żeby załatwił mi znieczulenie, a najlepiej cesarkę... (różne rzeczy się w takich chwilach wygaduje). On musiał być wobec moich próśb bezsilny, bo co miał niby zrobić? Bezradność jest chyba gorsza od bólu, więc nie wiem kto w tym przypadku miał gorzej. No dobra, powiedzmy sobie szczerze.. JA... Tak czy inaczej podziwiam go za odwagę. Mimo niepewności zgodził się mi towarzyszyć i przywitać razem ze mną naszą córkę. Nawet przeciął pępowinę!

Co dała mi obecność ukochanego?
Nie byłam sama przede wszystkim! Nie chciałam być wtedy sama. Obawiam się, że nie poradziłabym sobie. Oczywiście, jakoś bym musiała, ale w ogóle sobie tego nie wyobrażam.
Nie miałam siły sięgnąć po wodę, nie miałam nawet do tego głowy. To on o tym myślał. Od pani z kuchni dostałam nawet śniadanie (przy 7 cm rozwarcia), HA, wolne żarty. Upiłam łyk kawy pomiędzy skurczami. Oczywiście podał mi ją Mąż, mi już było wszystko jedno właściwie. Wachlował mnie dzielnie jakąś kartką, przez kilka godzin. Wcześniej nie powiedziałam mu jakoś chyba, że mi to przeszkadza, ale chciał dobrze. W każdym razie w pewnym momencie dałam mu do zrozumienia, że nie chcę być wachlowana!
Pocieszał, że zaraz dostanę znieczulenie, że anestezjolog już idzie (szedł tak 2 godziny co najmniej). Pomagał wychodzić mi spod prysznica, gdy już nie miałam na to siły. Nie bał się niczego, o! takiego mam dzielnego Męża.

Na szkole rodzenia poruszyliśmy temat obecności bliskiej osoby przy porodzie. Położna powiedziała, że nie powinnyśmy ciągnąć tam swoich mężczyzn na siłę. Jeśli nie czują się na siłach, mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc. Mam mieszane uczucia co do takiego stwierdzenia. W końcu to my kobiety odczuwamy większy dyskomfort związany z porodem. My się nie możemy z tego wymiksować, a oni tak? Z jakiej paki? W końcu to też ich dziecko! Tak samo oni muszą być tego dnia dzielni jak i my.
Wiem, że niektóre dziewczyny wolą same rodzić. Chociaż teraz chyba jest takich coraz mniej. Ale jeśli nie chcemy być same, to moim zdaniem powinnyśmy przekonać swoich mężczyzn, że ich potrzebujemy tego dnia. Jak i każdego kolejnego, kiedy musimy zmagać się z trudami i radościami macierzyństwa.

Córeczka Tatusia